Mostrando entradas con la etiqueta san telmo. Mostrar todas las entradas
Mostrando entradas con la etiqueta san telmo. Mostrar todas las entradas

2008-10-27

Mistrz i Małgorzata

0 comentarios


Istnieje w języku polskim pewne przysłowie, które wybitnie aplikuje się do małego Hipoctopusa: głupi ma szczęście. Tak, to ja... Już wyjaśniam. Moją nową miłością, na razie jeszcze nieodwzajemnioną, jest tango. Będąc w stolicy owego tańca postanowiłam zgłębić tajniki jednego z najbardziej zmysłowych zawirowań w parze w tej części świata, a może i na całym świecie. Jak już wspomniałam wcześniej, momentem przełomowym w poszukiwaniu drogi ku tangowej nirwanie stało się rozpoczęcie przypadkowej pogawędki z przemiłym panem, nazwijmy go Salvador. Otóż, Salvador, cały czas z nieznanych mi powodów, postawił sobie za punkt honoru przekazać mi wszelkie tajniki tego wspaniałego tańca. A zatem, niemal codziennym zajęciem małego Hipoctopusa jest łyk mate z Salvadorem i mała rundka po parkiecie w rytm Quirogi i Maizani, Francini i Pointiera, bądź d'Arienzo i Maure w niesamowitym XIX wiecznym budynku za rogiem, gdzie zwykle odbywają się milongi i lekcje tańca, przyciągające przeróżne przekroje wiekowe. Na każdym kroku dowiaduję się od Salvadora czegoś nowego, to o tangu, to o budynku, to o nim samym. Z ostatnich ciekawostek, ten neoklasycystyczny wytwór należał niegdyś do rodziny nikogo innego jak przesławny Che Guevara, a sam Salvador wdzięcznie pozuje w pozie tanga na pocztówkach w pobliskim kiosku. Nie wspomnę mojego zdziwienia i niedowierzania kiedy dowiedziałam się kim tak naprawdę jest mój maestro. Doprawdy, nie zasługuję na takie zaszczyty. Aby mi udowodnić, że może jednak tak, Salvador zaprosił mnie w zeszłym tygodniu do prawdziwej milongi,do klubu Gricel gdzie średnia wieku wynosiła jakieś 50 lat. Doprawdy, miłe jest życie staruszka. Czułam się tam jak noworodek i stanowczo wyróżniałam się na tle wygarniturowanych starszych panów, zwiewnych tunik i dziesięciocentymetrowych obcasów kunsztownie przygotowanych pań. Jak to ostatnio bywa, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, nagle znalazłam się między crème de la crème tanga: wszyscy towarzyszący mi przy stoliku panowie okazali się nauczycielami tańca, podróżującymi niegdyś, w czasach glorii i świetności (ich czy Europy?), po Europie z misją szerzenia tanga na cały świat. Trzeba im jednak przyznać: może gracja już nie ta sama, ale cięty język bez jakichkolwiek tabu stanowczo nie został nadgryziony przez ząb czasu. Nieodżałowany pozostał fakt nieskorzystania z tak wspaniałej okazji zawirowania na parkiecie z trzema wirtuozami, jako że moja znajomość kroku podstawowego jest nikła, ale nie tracę żadnej okazji ku pilnej nauce pod okiem maestra. O, moi przyjaciele z Kraju Basków, zwariowani ostatnio na punkcie tanga gwoli wyjaśnienia, byłby to dla Was istny raj!

Av. Independencia 672, el edificio de la milonga Av. Independencia 672, el edificio de la milonga Av. Independencia 672 Av. Independencia 672, una clase de tango Av. Independencia 672, una clase de tango Av. Independencia 672, una clase de tango Av. Independencia 672, el edificio de la milonga

Maestro y Margarita, la versión en castellano

Maestro y Margarita

Hay un dicho en la lengua polaca que podría aplicarse perfectamente al pequeño Hipoctopus: el tonto tiene suerte, con su equivalente español: todos los tontos tienen suerte... Mira, tampoco somos tan distintos... Pero vayamos al grano. Sí, el tonto soy yo, obviamente. Ya me explico. Tango es mi nuevo amor, aunque de momento no correspondido. Como ya estoy aquí, sería un pecado no adentrarse en los misterios de uno de los giros en pareja más sensuales en esta parte del mundo, o quizás en todo el planeta, me arriesgaría a constatar. Como había mencionado antes en algún sitio del blog, el momento clave en la búsqueda del nirvana tanguero, empezó con una casual charla con el reamable señor llamado, digamos, Salvador. Entonces Salvador, todavía por motivos absolutamente desconocidos por mi, decidió desvelarme todos los secretos de este baile tan maravilloso. Desde aquel momento, la faena casi diaria del pequeño Hipoctopus es un sorbo de mate en el porche de su casa y una pequeña ronda en el parqué al ritmo de Quiroga y Maizani, Francini i Pointiera o d'Arienzo i Maure en un fantástico edificio del siglo XIX a la vuelta de la esquina, donde habitualmente se forman las milongas e imparten clases de tango que atraen cualquier edad y condición social por lo que veo. A cada paso Salvador me revela algo sorprendente, sea sobre el tango, el edificio o finalmente sobre sí mismo. Nuestro último cotilleo lo llevó a recordar que esta creación neoclasista que es la milonga, el edificio, pertenecía en sus tiempos de gloria nada más y nada menos que a la familia del famoso Che Guevara. Sobre sí mismo, Salvador logró recordar que sí, efectivamente, adorna las postales en la pose de tango en algunas imágenes que se venden por San Telmo. No hace falta mencionar mi asombro cuando supe quién era en realidad mi maestro. De verdad, no me merezco tanto honor. Sin embargo, para demostrarme que tal vez sí, Salvador me invitó a una verdadera milonga, Gricel, donde la media de edad rondaba los 50 años. Primero, me sentía allá como un bebé, y segundo, un poco fuera de lugar al lado de aquellos señores en sus mejores trajes, túnicas flotantes y tacones de 10 centímetros de las señoras detalladamente preparadas para la ocasión. Como es de costumbre últimamente, de repente me encontré entre la crème de la crème del tango: todos los que se sentaban en la mesa conmigo y con el encantador Salvador, o sea, sus amigos desde hace siglos, me imagino, resultaron ser profesores o profesionales de tango que solían viajar por el viejo continente en sus tiempos de gloria (de ellos o de Europa?) con la misión de difundir el tango por todo el mundo. Hay que admitirles una cosa: quizás la gracia ya no es la misma pero la gracia verbal, desde luego, no se ha dejado roñar por el paso del tiempo en absoluto. Dado el hecho de que mis conocimientos de tango son tan escasos, aunque no pierdo ninguna oportunidad para el estudio diligente bajo la perspicaz mirada de mi maestro, no puedo superar el no haber aprovechado esta oportunidad tan magnífica de volar por los suelos de la milonga con los virtuosos bonaerenses. Aquí hay que aclarar una cosa: los que van a la milonga sí que saben bailar... Todo lo demás no vale... Pero todo a su tiempo. Ay! mis queridos nuevos adeptos del tango en Euskadi, esto sería un paraiso para todos vosotros...



2008-10-22

Hipopótamo vs. Hipoctopus

0 comentarios


Przedczoraj (20.10) były urodziny Małego Punka, które obchodzone zostały nader skromnie w jednym z baro-restauracji, który odwiedzony został już po raz kolejny, co poniekąd może go zaliczyć do miejsc gastronomicznych tzw. ulubionych. Urodziny natomiast stanowią doskonały pretekst do wzmianki o Hipoptamie, nomen omen, która już od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie. Dziwny splot okoliczności, iż to właśnie Hipopótamo, na ulicy Brasil 401 w San Telmo, stał się chwilowo ulubionym siedliskiem małego Hipoctopusa? Jak każdy szanujący się bar-restauracja w Buenos Aires, Hipopótamo tchnie historią, a raczej historycznym eklektyzmem, co jednak stanowczo nie ujmuje mu wdzięku, co wyraża się w niezliczonych nawiązaniach ściennych do tanga oraz do włoskich przodków miasta. Oczywiście menu składa się z ulubionych przysmaków Argentyńczyków, czyli pizzy, makaronów, ravioli, milanesas (panierowany kotlet), supremas (milanesa z kurczaka), rogalików na słono z szynką, serem, cebulą, itd. No i z deseru godnego bogów Olimpu....Naleśnika z dulce de leche, czyli po naszemu, kakaowo kremowej ambrozji, która po prostu rozpływa się w ustach...(a tu wersja kolumbijska). Do tego słodki cydr, czyli lekki napój alkoholowy umiłowany przez naród baskijski. Tak więc kolejne wydarzenie upamiętniające narodziny przyszłego Noblisty celebrowano zostało pomyślnie, po raz pierwszy na innej półkuli, pośród wielkiego, białego hipopotama, małego Hipocotopusa (czyżby ta sama rodzina?) i niebiańskich pokus podniebienia dostarczanych przez biało-czarnego kelnera, któremu nigdy, ale to nigdy i nigdzie się nie spieszy, tak że uzbroicie się w cierpliwość, bo warto.


Dulce de leche en Hipopótamo 2008-10-12 Buenos Aires (San Telmotik Bocara)_0201 2008-10-12 Buenos Aires (San Telmotik Bocara)_0203 2008-10-12 Buenos Aires (San Telmotik Bocara)_0204 2008-10-12 Buenos Aires (San Telmotik Bocara)_0212 2008-10-12 Buenos Aires (San Telmotik Bocara)_0210 Dulce de leche en Hipopótamo

Hipopótamo vs. Hipoctopus


Hace algún tiempo, el 20 de octubre exactamente, se celebró de una manera excepcionalmente humilde el cumpleaños de Pequeño Punk. El sitio, un bar-restaurante, fue visitado otra vez, de modo que puede aspirar a la posición de favorito entre los sitios gastronómicos cercanos, y el cumple del amante de pantalón rojo y playeras bicolores resulta ser un pretexto muy oportuno para mencionar al Hipopótamo, una idea que lleva vagando por la mente del pequeño Hipoctopus desde hace cierto tiempo. ¿Será una coincidencia un tanto extraña que Hipopótamo (¿qué más si no?) se haya convertido de momento en la madriguera gastronómica del pequeño Hipoctopus? ¿La magia de los nombres? Al igual que cualquier restaurante respetado de Buenos Aires, Hipopótamo emana historia, o más bien cierto tipo de eclectismo histórico, lo cual aun así no le priva de su evocador encanto encerrado en las innumerables alusiones gráficas al tango y a los antepasados italianos de la ciudad. Por supuesto, el menú abarca tan sólo las delicatessen adoradas por los bonaerenses: pizzas, pastas, raviolis, milanesas (chuleta rebozada), supremas (milanesa de pollo), facturas, medialunas, tartas varias con queso, jamón y cebolla y.... un postre digno de los dioses de Olimpo: panqueques de dulce de leche, un manjar que se deshace solo en la boca. Para acompañar todo eso la sidra dulce, una bebida suave adorada por la tan cercana a mi corazón nación vasca. Así, el siguiente acontecimiento conmemorando el nacimiento del futuro Premio Nobel se celebró de manera agradable, por primera vez en el hemisferio sur, por primera vez junto al gran hipopótamo blanco, en frente del pequeño Hipoctopus (¿vendrán de la misma familia?) y entre las celestiales tentaciones del paladar proporcionadas por un amable señor en blanco y negro, pero quien nunca, absolutamente nunca, tiene prisa, de modo que sean pacientes porque vale la pena.

2008-10-15

Buenos po raz pierwszy....Odsłona/ Buenos Aires, primer acto...

2 comentarios


A więc to już kolejny dzień małego Hipoctopusa na południowej półkuli, w rejonach Río de la Plata. Boskie Buenos... Dziś wreszcie mały Hipoctopus poczuł się jak w domu, a to za sprawą wyciągnietego dresu, piekarni na Avenida de Independencia. Po raz pierwszy nikt nie zwrócił na niego uwagi, nie potraktował jak intruza (zwykle intruzi traktowani są tutaj po przyjacielsku, ale bądz co bądz, zawsze jako przybysze stamtąd). Prawie w podskokach dotarłam więc do piekarni, a tam....moja nieuchronna zguba. Pominę już doznania olfatyczne dochodzące od wszelkiego rodzaju przekąsek słonych, patrz: pizza bądz empanada (czyli czegoś na kształt naszych pierogów, ale z kruchego ciasta, nadziewanych produktami różnymi), generalnie włoskich przysmaków, doprowadzających mnie do istnej ekstazy. Skupię się raczej na słodkościach o niezliczonych kształtach, smakach, cenach...nie, nie, żartuję. Ceny ogólnie są bardzo przystępne, jakies 90 centów argentyńskich, czyli ok. 0,72 groszy za medialunę, czyli półksiężyc....Nawet jedzenie tchnie tutaj romantycyzmem, poezją i sentymentalizmem, podobnie jak tango, graffiti, targi staroci, domy z poczatków ubiegłego wieku, nostalgiczne kafejki pełne wizerunków Gardela, równie nostalgiczni starsi panowie wspominający stare, dobre czasy.... No, ale o tym wszystkim w swoim czasie... Tak więc, jedno z pierwszych wrażeń z mojej prywatnej Argentyny na ulicy Independencia, w dzielnicy San Telmo, to wszechobecna pokusa słodkości oraz zapach włoskiej kuchni, ze świeżą bazylią i oregano ogarniający wszystko dookoła (nota bene, nawet moje pranie suszące się na balkonie na dwunastym piętrze...).


Han pasado ya varios días desde que el pequeño Hipoctopus arribó al hemisferio sur, por el Río de la Plata. Buenos Aires divino... como dice una canción polaca... Hoy es la primera vez que el pequeño Hipoctopus se ha sentido como en casa, lo cual se debe a un chándal dos tallas más grande y la panadería en la Avenida de Independencia. Por primera vez en mucho tiempo, nadie se ha fijado en él, no lo ha tratado como a un intruso... (bueno, habitualmente los intrusos, por no decir los otros, son tratados aquí con mucha amabilidad, sorprendente diría yo, sin embargo, sea lo que fuere, siempre como uno de allá). Entonces, dando brincos de alegría casi, llegué a una de la múltiples panaderías de la Av. Independencia, y allí... mi perdición inevitable. Ni siquiera voy a mencionar las sensaciones olfativas provocadas por un sinfín de cualquier tipo de tentepies salados, id est, pizzas, empanadas... (oh, divinas empanadas!!), y generalmente otras delicatessen de origen italiano que pueden llevar a un verdadero éxtasis a cualquiera... Me voy a concentrar en los fricasse dulces de formas, sabores, olores, precios... incontables... No, no es una broma con lo de los precios. Unos 90 centavos por una medialuna es poco... La verdad es que por aquí incluso la comida emana romanticismo, poesía y sentimentalismo, en el mismo grado que el tango, los graffiti, ferias de antigüedades (al lado de la casa misma, pero bueno, sobre ello más adelante), las casas de principio del siglo XX, los nostálgicos cafés repletos de retratos de Gardel e igualmente nostálgicos señores de cierta edad anhelantes de los buenos, viejos tiempos... Pero bueno, otra vez, todo a su tiempo... Así, una de mis primeras impresiones de mi propia Argentina en la calle Independencia, en el barrio San Telmo, es la omnipresente tentación de la dulzura y el olor de la cucina di mamma, con la rúcula (o sea, la albahaca) y orégano frescos envolviendo todo el alrededor (incluso la colada colgada en la planta 12...). Ciao!!!

Ciao!!

Buenos AiresBuenos Aires
Buenos AiresSan Telmo, Buenos Aires

A to widok z naszego balkonu na 12-stym piętrze, w dole Avenida de Independencia. Na zdjęciu u góry, gdzieś tam na horyzoncie Río de la Plata