Mostrando entradas con la etiqueta tango. Mostrar todas las entradas
Mostrando entradas con la etiqueta tango. Mostrar todas las entradas

2008-10-27

Mistrz i Małgorzata

0 comentarios


Istnieje w języku polskim pewne przysłowie, które wybitnie aplikuje się do małego Hipoctopusa: głupi ma szczęście. Tak, to ja... Już wyjaśniam. Moją nową miłością, na razie jeszcze nieodwzajemnioną, jest tango. Będąc w stolicy owego tańca postanowiłam zgłębić tajniki jednego z najbardziej zmysłowych zawirowań w parze w tej części świata, a może i na całym świecie. Jak już wspomniałam wcześniej, momentem przełomowym w poszukiwaniu drogi ku tangowej nirwanie stało się rozpoczęcie przypadkowej pogawędki z przemiłym panem, nazwijmy go Salvador. Otóż, Salvador, cały czas z nieznanych mi powodów, postawił sobie za punkt honoru przekazać mi wszelkie tajniki tego wspaniałego tańca. A zatem, niemal codziennym zajęciem małego Hipoctopusa jest łyk mate z Salvadorem i mała rundka po parkiecie w rytm Quirogi i Maizani, Francini i Pointiera, bądź d'Arienzo i Maure w niesamowitym XIX wiecznym budynku za rogiem, gdzie zwykle odbywają się milongi i lekcje tańca, przyciągające przeróżne przekroje wiekowe. Na każdym kroku dowiaduję się od Salvadora czegoś nowego, to o tangu, to o budynku, to o nim samym. Z ostatnich ciekawostek, ten neoklasycystyczny wytwór należał niegdyś do rodziny nikogo innego jak przesławny Che Guevara, a sam Salvador wdzięcznie pozuje w pozie tanga na pocztówkach w pobliskim kiosku. Nie wspomnę mojego zdziwienia i niedowierzania kiedy dowiedziałam się kim tak naprawdę jest mój maestro. Doprawdy, nie zasługuję na takie zaszczyty. Aby mi udowodnić, że może jednak tak, Salvador zaprosił mnie w zeszłym tygodniu do prawdziwej milongi,do klubu Gricel gdzie średnia wieku wynosiła jakieś 50 lat. Doprawdy, miłe jest życie staruszka. Czułam się tam jak noworodek i stanowczo wyróżniałam się na tle wygarniturowanych starszych panów, zwiewnych tunik i dziesięciocentymetrowych obcasów kunsztownie przygotowanych pań. Jak to ostatnio bywa, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, nagle znalazłam się między crème de la crème tanga: wszyscy towarzyszący mi przy stoliku panowie okazali się nauczycielami tańca, podróżującymi niegdyś, w czasach glorii i świetności (ich czy Europy?), po Europie z misją szerzenia tanga na cały świat. Trzeba im jednak przyznać: może gracja już nie ta sama, ale cięty język bez jakichkolwiek tabu stanowczo nie został nadgryziony przez ząb czasu. Nieodżałowany pozostał fakt nieskorzystania z tak wspaniałej okazji zawirowania na parkiecie z trzema wirtuozami, jako że moja znajomość kroku podstawowego jest nikła, ale nie tracę żadnej okazji ku pilnej nauce pod okiem maestra. O, moi przyjaciele z Kraju Basków, zwariowani ostatnio na punkcie tanga gwoli wyjaśnienia, byłby to dla Was istny raj!

Av. Independencia 672, el edificio de la milonga Av. Independencia 672, el edificio de la milonga Av. Independencia 672 Av. Independencia 672, una clase de tango Av. Independencia 672, una clase de tango Av. Independencia 672, una clase de tango Av. Independencia 672, el edificio de la milonga

Maestro y Margarita, la versión en castellano

Maestro y Margarita

Hay un dicho en la lengua polaca que podría aplicarse perfectamente al pequeño Hipoctopus: el tonto tiene suerte, con su equivalente español: todos los tontos tienen suerte... Mira, tampoco somos tan distintos... Pero vayamos al grano. Sí, el tonto soy yo, obviamente. Ya me explico. Tango es mi nuevo amor, aunque de momento no correspondido. Como ya estoy aquí, sería un pecado no adentrarse en los misterios de uno de los giros en pareja más sensuales en esta parte del mundo, o quizás en todo el planeta, me arriesgaría a constatar. Como había mencionado antes en algún sitio del blog, el momento clave en la búsqueda del nirvana tanguero, empezó con una casual charla con el reamable señor llamado, digamos, Salvador. Entonces Salvador, todavía por motivos absolutamente desconocidos por mi, decidió desvelarme todos los secretos de este baile tan maravilloso. Desde aquel momento, la faena casi diaria del pequeño Hipoctopus es un sorbo de mate en el porche de su casa y una pequeña ronda en el parqué al ritmo de Quiroga y Maizani, Francini i Pointiera o d'Arienzo i Maure en un fantástico edificio del siglo XIX a la vuelta de la esquina, donde habitualmente se forman las milongas e imparten clases de tango que atraen cualquier edad y condición social por lo que veo. A cada paso Salvador me revela algo sorprendente, sea sobre el tango, el edificio o finalmente sobre sí mismo. Nuestro último cotilleo lo llevó a recordar que esta creación neoclasista que es la milonga, el edificio, pertenecía en sus tiempos de gloria nada más y nada menos que a la familia del famoso Che Guevara. Sobre sí mismo, Salvador logró recordar que sí, efectivamente, adorna las postales en la pose de tango en algunas imágenes que se venden por San Telmo. No hace falta mencionar mi asombro cuando supe quién era en realidad mi maestro. De verdad, no me merezco tanto honor. Sin embargo, para demostrarme que tal vez sí, Salvador me invitó a una verdadera milonga, Gricel, donde la media de edad rondaba los 50 años. Primero, me sentía allá como un bebé, y segundo, un poco fuera de lugar al lado de aquellos señores en sus mejores trajes, túnicas flotantes y tacones de 10 centímetros de las señoras detalladamente preparadas para la ocasión. Como es de costumbre últimamente, de repente me encontré entre la crème de la crème del tango: todos los que se sentaban en la mesa conmigo y con el encantador Salvador, o sea, sus amigos desde hace siglos, me imagino, resultaron ser profesores o profesionales de tango que solían viajar por el viejo continente en sus tiempos de gloria (de ellos o de Europa?) con la misión de difundir el tango por todo el mundo. Hay que admitirles una cosa: quizás la gracia ya no es la misma pero la gracia verbal, desde luego, no se ha dejado roñar por el paso del tiempo en absoluto. Dado el hecho de que mis conocimientos de tango son tan escasos, aunque no pierdo ninguna oportunidad para el estudio diligente bajo la perspicaz mirada de mi maestro, no puedo superar el no haber aprovechado esta oportunidad tan magnífica de volar por los suelos de la milonga con los virtuosos bonaerenses. Aquí hay que aclarar una cosa: los que van a la milonga sí que saben bailar... Todo lo demás no vale... Pero todo a su tiempo. Ay! mis queridos nuevos adeptos del tango en Euskadi, esto sería un paraiso para todos vosotros...



2008-10-23

Uczta na miarę bogów

0 comentarios

Niemal nieustannie coś się dzieje w moim ulubionym lokalu tanga i milongi. Wczoraj kolejne niesamowite przeżycie. Zaczęło się całkiem niewinnie od lekcji tanga, z której nota bene dużo nie skorzystałam zważywszy na brak osobników płci męskiej...Tak, tak, w boskim Buenos też się zdarza. Po lekcji, jak co środę, milonga, czyli tangowa potańcówka, o której już wspomniałam w jednym z poprzednich artykułów. Tym razem jednak, po raz pierwszy w życiu, mały Hipoctopus dostąpił zaszczytu delektowania swoich wrażliwych uszów dźwiękami orkiestry oraz piosenkarzy tanga na żywo. Częścią programu był również taniec pani, pana i kontrabasu... Tak, nie przesłyszeliście się. To nie był taniec, nie, nie ma kategorii żeby to opisać, to było apogeum zmysłowości, romans, gra, walka ciał, spojrzeń, dotyków, która rozgrywała się przed oczami zdumionych maluczkich. Niemożliwe aby oglądanie takiej dawki piękna i doskonałości dane mi było za tak mało, tak blisko, w zwykłą środę.

Cantando el tango...Śpiewając tango... Bailando el tango...Tańcząc tango... Bailando el tango...Tańcząc tango... Bailando el tango...Tańcząc tango... Bailando el tango...Tańcząc tango... Tocando el tango...Grając tango... Bailando el tango...Tańcząc tango... Bailando el tango...Tańcząc tango... Intentando bailar el tango...Pierwsze kroki w tangu...

A na tym ostatnim zdjęciu zgadnijcie kto...

El salón de milonga de la esquina es una eterna y diaria escena de acontecimientos varios. Ayer el pequeño Hipoctopus presenció algo a modo de catarsis coreográfica. Todo empezó como siempre de manera inocente -con una simple clase de tango de la cual no saqué mucho provecho, dada la escasez de ejemplares del sexo opuesto...-. Sí, sí, incluso en el divino Buenos. Después de la clase, como cada miércoles, hay una milonga, o sea, un acontecimiento social con acompañamiento de música en vivo o no, donde la gente suele desplazarse al ritmo de tango, milonga o vals. Sin embargo, esta vez al pequeño Hipoctopus le fue concedido el honor de deleitar su sensibles oídos con el sonido de una orquesta y de los cantantes de tango en vivo. Otra parte del espectáculo estaba compuesta por un bailarín, una bailarina y un... contrabajo. Sí sí, lo han oído bien. Aquello no fue un baile... No, no existen categorías para describir el apogeo de la sensualidad, el romance, el juego, la pelea de los cuerpos, miradas, gestos y roces que se desenvolvía delante de los fascinados pequeños de este mundo. Parecía mentira estar viendo tanta dosis de belleza y perfección por tan poco, tan cerca, un miércoles cualquiera.

Y en la última foto adivinen quién será...(?)

A todos los interesados os dejo algunas direcciones web de las milongas bonaerenses y de los sitios de interés relacionados con el tango:

www.unitango.com
www.eoptangocompany.com.ar
www.eatango.org
www.tangoconestrellas.com
www.raulbravo-maestro.blogspot.com
www.puntotango.com.ar
www.albertoyfernanda.com
www.escuelabebidart.com.ar
www.aracsur.blogspot.com
cmoriyon2001@yahoo.com.ar (técnica para mujeres)
www.gustavoygiselle.com
www.losocampo.com.ar
www.bienporteno.com
Y muuucho más...

Wszystkie drogi prowadzą do tanga...

1 comentarios


Dzisiejszy poranek, a raczej południe, bo znowu ciężko mi było zwlec się z łóżka wraz z pianiem koguta, zaczął się bardzo niewinnie: pójściem do pralni publicznej. Wyjaśniam, iż w tutejszych mieszkaniach do wynajęcia, z rzadka wliczone są takie luksusy jak lodówka i pralka. Z tą pierwszą mieliśmy szczęcie, z tą drugą niezbyt, ale nie ważne, bo z tego co zaobserwowałam pralnia publiczna to rodzaj obowiązkowej wycieczki raz w tygodniu dla co drugiego mieszkańca Avenida Independencia. A zatem, w drodze do pralni natknęłam się na mojego ulubionego starszego pana, miłośnika, pasjonata tanga, nie...to złe określenie, osobę, która żyje tangiem, przekłada je na filozofię codziennej egzystencji. Siedział na schodach starej kamienicy popijając mate z typowego, przeznaczonego ku temu fascynującemu zadaniu, pojemniczka, i kontemplował świat i przechodniów przez pryzmat oparów najpopularniejszego, bezalkoholowego napoju w Argentynie. Oczywiście, za każdym razem kiedy spotykam Salvadore, nie może się obejść bez głębokich refleksji na temat życia, tańca i tanga, niezależnie od pory dnia, pogody, nastroju. I tym razem Salvadore wysunął ciekawą tezę jakoby zgłębienie tajników tanga zmieniało sposób widzenia świata... Argentyńska joga? Tai -chi? Zobaczymy za jakiś czas czy tango zdolne jest do poukładania świata pokręconego już z natury małego Hipoctopusa...(?)
Kilka metrów w dół ulicy, kolejne spotkanie z duchem tańca znad Río de la Plata, tym razem u szewca, gdzie zaczęło się od niewinnego naprawienia obcasa, a skończyło na nabyciu dwóch par przecudownych, prawdziwych, wąsko obcasowych butów do tanga... Nie miałam zamiaru paść ofiarą argentyńskiej komercji tak szybko. Wytrzymałam całe dwa tygodnie...Nie sposób jednak oprzeć się opływowemu kształtowi, zgrabnemu noskowi, filigranowemu obcasowi, czerwieni, złocie, srebrze tanecznych pantofli, które hipnotyzują małego Hipoctopusa swoją elegancją ilekroć ten mija zamyślony wystawę małego sklepiku o wdzięcznej nazwie Lola. Jestem więc teraz dumną posiadaczką dwóch przecudownych par wysokich obcasów...Nieważne, że kolejny miesiąc trzeba będzie przetrwać o chlebie i wodzie...

Ta ostania uwaga to był żart. Ręcznie robione buty do tanga są tutaj cztery razy tańsze niż w Hiszpanii. Dla zainteresowanych podaję szczegóły:
Lola Tango, Av. Independencia 506, San Telmo
Tel: 43616913
lola.tango2004@yahoo.com.ar


Na zdjęciu fragment wykafelkowanej ściany w San Telmo, niedaleko naszego domu. Oto jego tłumaczenie na polski:

"Malena śpiewa tango jak nikt inny
i w kazdym wersie zaklęte jest jej serce...
Byc moze gdzieś w dzieciństwie
jej głos skowronka
nabrzmiał ciemnym tonem zaułka"...


Todos los caminos llevan al tango...


La mañana de hoy, o más bien el mediodía, dado que otra vez me ha resultado imposible abandonar el templo del sueño al son del canto matutino del gallo, empezó de una manera bastante inocente con el viaje a la lavandería pública. Explico que en las casas que están en alquiler en Buenos Aires, las joyas como el frigorífico o la lavadora son unos lujos poco comunes. Tuvimos suerte con el primero, con la segunda no tanto, pero no importa porque por lo que he observado, la lavandería pública constituye cierto tipo de excursión obligatoria semanal para la mayoría de los habitantes de Av. Independencia. Entonces, por el camino, me encontré con mi abuelo favorito, el amante y apasionado del tango..., no, no es una buena definición de una persona que vive el tango a diario, respira el tango, que lo convierte en una filosofía de lo cotidiano. Estaba sentado en los escalones de un antiguo edificio, en plena faena de beber el mate de un artefacto típico destinado a esta tarea tan apasionante, contemplando al mundo y a los pasajeros de la vida del barrio de San Telmo a través del humo de la bebida no-alcohólica más popular en Argentina (aunque no proveniente de este país). Por supuesto, cada vez que me cruzo con mi querido señor, no pueden faltar reflexiones profundas sobre la vida, el baile y el tango, cómo no, independientemente del momento de día, del tiempo (últimamente vientos tipo pequeño huracán) o el humor de los dos. Y esta vez, mi futuro maestro propuso una curiosa tesis según la cual el tango cambiaba la manera de ver el mundo... Yoga a la argentina? Tai-chi? Ya veremos si el tango tiene el poder de meter en orden el mundo del pequeño Hipoctopus retorcido ya por nacimiento...(?)
Unos cuantos metros más abajo de la calle, esta vez en el taller de un zapatero, otro encuentro con el espíritu del baile del Río de la Plata, donde todo empezó con el inocente arreglo de un par de tacones usados pero muy queridos, y acabó con la adquisición de otro par de increíbles, auténticos, esotéricos, sutiles, elegantes, en fin... con un sinfín de cualidades, zapatos de tango. No tenía planeado ser víctima de lo comercial a la argentina tan pronto. Resistí dos semanas enteras... Sin embargo, no hay quien resista esta forma elegante, esta silueta puntiaguda, este tacón fino y esbelto, el rojo, el dorado, el plateado de un calzado de baile que hipnotiza al pequeño Hipoctopus con su gracia y elegancia cada vez que éste pasa ensimismado al lado del escaparate de la pequeña tienda con el evocador nombre de Lola. Así me he convertido en una orgullosa propietaria de un par de lindísimos tacones altos y finos... No importa que el mes que viene haya que vivir a pan y agua...

Lo último es una brooooma. Los zapatos de tango hechos a mano son aquí cuatro veces más baratos que en Europa. Si te interesa, puedes contactar conmigo o con la tienda:

Lola Tango, Av. Independencia 506, San Telmo
Tel: 43616913
lola.tango2004@yahoo.com.ar

Aquí os doy otras direcciónes de tiendas profesionales de zapatos y otros accesorios de tango... (Sí, sí, los hay...)

Tango Leike, Sarmiento 1974
tel. 0054 11 49 53 03 60
www.tangoleike.com
baires@tangoleike.com
En Italia:
info@tangoleike.com

www.yosoyasitango.com.ar
www.tangodancepants.blogspot.com
www.zorzal-criollo.com.ar
www.darcostango.com
www.tango8.com
www.lologerard.com
www.raquel-shoes.com
www.calzadossavalos.spaces.live.com



A oto Buenos Aires w wersji zespołu francusko-szwajcarsko-argentyńskiego Gotan Project, który gorąco polecam. / Buenos Aires en la versión del grupo franco-suizo-argentino Gotan Project que es muy recomendable

2008-10-17

Nie próżnuje się w stolicy tanga...

2 comentarios



Wszyscy powszechnie wiedzą, iż mały Hipoctopus od jakiegoś czasu zafascynowany jest wszelkiego rodzaju tańcami, zwłaszcza rytmami karaibskimi, no a będąc w światowej stolicy tanga, najnaturalniejszą koleją rzeczy byłoby uczęszczanie na lekcje tanga oraz milongi. Na marginesie, do kolekcji moich tańców brakuje mi jeszcze tylko narodowych tańców hiszpańskich w stylu flamenco bądź sevillana, tudzież tańców baskijskich takich jak aurrezku lub espata dantza. No, ale moja dusza stanowczo nie czuje powołania ku tym ostatnim, tak więc Buenos Aires stało się dla mnie nieustannym poligonem doświadczalnym w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca ku oddaniu się rozkoszom tanecznym. Oczywiście, jak na Buenos Aires przystało, oferta jest niezliczona. Wszelkiego rodzaju bary salsy oraz profesjonalne studia tango rozrzucone są po całym mieście, tak więc mały Hipoctopus, z uprzednio sporządzoną listą, przeciera nowe, taneczne szlaki. Jak na razie, odwiedziłam jeden przybytek tańców różnych, La Viruta, w którym można nauczyć się od podstaw tanga, milongi i salsy, lub praktykować nabyte już umiejętności na różnych poziomach. La Viruta to olbrzymia przestrzeń parkietu połączona z barem oraz mini restauracją (namiętnie serwują pizzę mozzarella... Dotychczas nie widziałam innego przysmaku na stole...). 2008-10-12 Buenos Aires (San Telmotik Bocara)_0163Miejsce to jest doskonałe dla ludzi, którzy pokonać chcą sceniczny strach przed tańcem w towarzystwie. Kadra nauczycielska, bardzo profesjonalna, zachęci do tańca nawet najbardziej opornego, a duża liczba odwiedzających sprawia, iż atmosfera klubu jest luźna i naprawdę przyjacielska. Mały Hipoctopus odwiedził ten przybytek dwa czwartki pod rząd, kiedy to uczestniczyć można w lekcji tanga, salsy i milongi tego samego wieczoru za skromne 14 pesos. Jedyny mankament tego miejsca to jego położenie. Znajduje się bardzo, ale to bardzo daleko od mojej dzielnicy, tak więc wybranie się tam to dla mnie prawdziwa odyseja...(mniej więcej godzinna jazda autobusem, co dla mnie w Kraju Basków równoznaczne jest z wycieczką z Bermeo do Bilbao, z prowincji do stolicy....). No, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Zważywszy na odległość Viruty, zaczęłam przemierzać pobliskie rejony i o niebiosa! Jakieś sto metrów od domu odkryłam szkołę tanga(Av. Independencia 675), gdzie od czasu do czasu wirują również w rytm salsy oraz innych podrygów na życzenie. Samo miejsce jest nieziemskie....Stary budynek, wysokie sufity, podłogi z drewna, oświetlenie minimalne, czerwono-kolorowe ściany... Jednym słowem podroż w czasie o jakieś 50 lat wstecz. W każdą środę, po lekcji tanga, odbywają się tam tzw. milongi, czyli dyskoteki tanga, ujmując to bardziej nowocześnie. Na taki właśnie wieczór wybrał się mały Hipoctopus i coś niesamowitego...Oni naprawdę tańczą tango jako akt towarzyski! Dźwięk starych płyt, czerwone wino w starodawnych niskich kieliszkach na szerokiej stópce, smukłe nogi tancerek na wysokich obcasach dopełniają atmosfery...Niestety nieudokumentowane fotograficznie tym razem, ale postaram się o parę fotek w przyszłym tygodniu...


No se queda con los brazos cruzados en la capital del tango.

Cualquiera que le conoce, sabe que el pequeño Hipoctopus lleva algún tiempo fascinado por cualquier tipo de baile, sobre todo por los ritmos caribeños a los que en su opinión, su talento es a veces algo dudoso, pero digamos que Roma no se hizo en un día. Entonces, viviendo en la capital mundial del tango, lo más natural sería acudir a clases de tango y a las milongas. A propósito, para la colección de mis bailes tan sólo me faltan algunos saltos al estilo español nacional como flamenco o sevillanas, aunque creo que así, me arriesgaría la excomunión por parte de Fantasma y entonces, seguro, debería mudarme para siempre a la escuela de tango de la esquina...Hmmm. ¿Me arriesgo? ¿Debería optar más bien por los típicos bailes vascos, véase aurrezku o espata dantza? No, mi alma polaca definitivamente no siente vocación ni por el uno ni por el otro. Y tampoco por el polka para aclarar la cosa. Entonces, Buenos Aires se ha convertido en el continúo espacio de la búsqueda del sitio adecuado a la entrega a la éxtasis tanguero-salsera. Por supuesto, siendo Buenos Aires, la oferta es infinita. Los bares de salsa y los estudios profesionales de tango están esparcidos por toda la ciudad, así que el pequeño Hipoctopus, provisto de un listado, abre de vez en cuando nuevos caminos de baile por la capital. Hasta ahora he visitado un templo de bailes varios, La Viruta, donde se puede iniciar en tango, milonga o salsa, o continuar sus peripecias con los respectivos bailes; y dos sitios para bailar salsa: el bar-restaurante cubano Cuba mía y el club Azúcar Belgrano.

La Viruta es un espacio enorme que contiene una barra, un minirestaurante (que sirve apasionada e invariablemente la pizza mozarella ya que de momento no he visto otro manjar en las mesas) y una pista de baile. Creo que puede llegar a ser un sitio perfecto para todos los que sufren del miedo escénico relacionado al baile. Los profesores animarán a bailar incluso al más resistente y el gran número de visitantes hacen que el ambiente del club es muy relajado y amistoso. El pequeño Hipoctopus visitó aquel lugar dos jueves seguidos cuando se puede participar en cuatro clases seguidas del tango, salsa, milonga y otra vez del tango por un módico precio de 14 pesos. Está bien para empezar y conocer la gente aunque a los que quieren profundizar sus habilidades, les sugiero otros lugares, tanto para la salsa como para el tango y la milonga.

En cuanto a Azúcar Belgrano, es un sitio perfecto para bailar salsa. Las clases (15 pesos, una hora y media) se dividen en cuatro niveles y como no, me propuse directamente al cuarto aunque tengo que admitir que sudé bastante para combinar los giros de la línea con el cubanéo. Y por supuesto los nombres me matan... pero así por lo menos tengo justificado mi papel como mujer y tan sólo mujer... Si y cuando vengan aquí mis queridos salseros, os llevaré a Azúcar Belgrano sin falta.
El único inconveniente del sitio es su ubicación. Está muy, pero muy lejos de mi barrio de modo que salir rumbo a Azúcar se convierte en un auténtico reto (aparte de unas diez cuadras caminando, es un viaje de una hora de autobús lo cual igual a una excursión de Bermeo a Bilbao, de la provincia a la capital.... No cabe duda de que ya se me ha olvidado en qué consiste vivir en una metrópolis).

Acercándome un poco más hacia San Telmo, esta vez mucho más cerca, siempre siguiendo mi lista, me topé con un bar-restaurante Cuba mía. La pista de baile es un poco pequeña, y el nivel de salsa hmmm, aunque yo sólo vi una clase y dicen que el profe cubano, Gregorio es muy bueno. Habrá que averiguarlo algún día.

Con todo, no hay mal que por bien no venga. Teniendo en cuenta la distancia de La Viruta, decidí mirar en casa y ay cielos! Unos cien metros desde mi portal, encontré una milonga que me tendrá cautivada durante mucho tiempo. Este lugar no puede ser de este mundo... Un edificio antiquísimo, con techos altos, suelos de madera, paredes pintadas en rojo, iluminación mínima. En un palabra un viaje 50 años atrás. Cada miércoles, después de la lección del tango, hay una milonga, o sea, una disco de tango si prefieren una versión más moderna. Mi primera milonga fue algo increíble: aquí de verdad se baila el tango como un acto social! El sonido de los viejos discos de vinilo, el tinto en las copas anchas de pata baja, las piernas esbeltas sobre los tacones altos indispensables de las tangueras recrean un ambiente de los tiempos borrados por los vientos de la historia.