2008-10-20

Buenos Aires po raz kolejny-sztuka na każdym kroku

1 comentarios


Gdziekolwiek by spojrzeć, Buenos Aires obfituje we wszelkiego rodzaju twórczość ścienną, którą można by w niektórych przypadkach nazwać graffiti, choć w większości przypadków kojarzy mi się ona z czymś więcej niż malowidłami chłopców na deskorolkach. Niemal każdy napis, każda scena utrwalona w kolorze, wyraża żądania społeczne, demaskuje niewygodną rzeczywistość, która dla wielu jest jedyną rzeczywistością jaką przyszło im poznać i poza którą prawodopodobnie nigdy się nie wychylą...
I tu nasuwa mi się na myśl, tak na marginesie, Diego Rivera, genialny meksykański twórca rewindykacyjnych przestrzeni ściennych, mąż nota bene, mojej ulubionej malarki Fridy Khalo (tudzież znowu gwoli komentarza, ulubionej nie z powodu formy jej dzieł, ale ze względu na treść i osobowość samej autorki...Gorąco polecam biografię Fridy, a także genialny film z Salmą Hayek „Frida”).
No, ale wracając do naszego wątku. Wczoraj, mały Hipoctopus postanowił zapuścić się w podobno niebezpieczną okolice miasta, z okazjonalnymi strzelaninami i wojnami gangów na ulicach, zwaną Barracas, niedaleko Placu Konstytucji. Może nie będę wspominała stopnia przestępczości tego miejsca, bo nie chcę aby co niektórzy się za bardzo o mnie martwili. A zatem, celem odwiedzin tego właśnie rejonu, był koncert z folklorystycznymi rytmami afrykańsko-południowoamerykańskimi, z muzyką na żywo, zorganizoway aby upamiętnić rocznicę powstania internetowego czasopisma Quilombo. Impreza miała miejsce w tamtejszym Domu Kultury, przekładając to na naszej polskie realia, miejscu, które zachwyca swoją architekturą typowej hacjendy z jakiejkolwiek wersji filmu Zorro, co nie jest częstym widokiem w stolicy. Zważywszy na famę okolicy, idea, która nam przyświecała od początku, wyrażała się w odwiedzinach Domu Kultury za dnia, aby uniknąć możliwych tarapatów, jednak że dziwnym splotem okoliczności, dotarliśmy tam już o zmierzchu, odziani na kształt punków aby odstraszyć potencjalnych złodziejaszków. I rzeczywiście podziałało. Sposób w jaki łypią na Ciebie, a raczej na Małego Punka u mojego boku, bo moja wersja punk była bardzo light, ubranego w ramoneskę, glany i skórzaną obrożę z ćwiekami, wywołuje u przechodniów pożądany efekt zwątpienia, nieświadomi oczywiście, że mijają jednego z najbardziej pokojowych punków stąpających po tej ziemi.
Jednak że, to nie nie koncert, ani punkowość mojego towarzysza niedoli, jest celem tej notatki, ale scena, której przypadkowym świadkiem stał się mały Hipoctopus i która poruszyła go do głębi i którą powracamy do celu naszych wywodów. W końcu zobaczyłam jak powstaje podziemne, naziemne w tym przypadku oczywiście, malowidło ścienne!!! I nie lada malowidło... Nagle pojawiła się grupa osobników obu płci, pochodzenia andyjskiego, z wiadrami czerwonej i czarnej farby, malarskimi pędzlami, drabinami oraz innym dogodnym wyposażeniem, aby zabrać się do dzieła z niespodziewaną zręcznością...Krwista czerwień pokrywa fragment ściany... Doświadczenie wyjątkowe, kuriozalne, bardzo antropologiczne rzekłabym, ale to nie sama scena zapadła mi w pamięć, ale treść malowidła. Na marginesie, każdy fotograf marzy o takiej scenie, niestety w tych okolicach im mniej tym lepiej. Krwista czerwień zajmuję coraz to większe połacie muru, metrowe litery wyłaniają się spod wprawnej, ciemnoskórej ręki. I tak kolejna ściana Buenos Aires wykrzykuje to nadal pozostaje w sferze marzeń tak wielu: SPRAWIEDLIWOŚĆ I WOLNOŚĆ !!!

Buenos Aires, como cada ciudad grande, está repleta de pintadas sobre las murallas, las paredes de las casas, en fin, en cualquier sitio. El contenido es variopinto, aunque la mayoría suele tener como fondo alguna reivindicación social. Me recuerda mucho (yo por comentar...) los murallas de Diego Rivera en México, marido de Frida Khalo, una de mis pintoras favoritas, no tanto por su arte sino por el carácter de su obra y de su postura vital. Ayer el pequeño Hipoctopus decidió explorar una parte de la ciudad, supuestamente muy peligrosa, donde los tiroteos por las calles no son del todo extraños, llamada Barracas, cerca de la Plaza de Constitución. Bueno, mejor no voy a mencionar el grado de delicuencia porque no quiero que se preocupen demasiado por mi. El objetivo general de la visita en el barrio fue una fiesta con ritmos africanos y sudamericanos, con música en directo, dedicada al aniversario de la revista digital Quilombo (tampoco sé nada sobre ella, pero bueno, cualquier pretexto es bueno para ir de fiesta). La fiesta tuvo lugar en el Centro Cultural del sur, que es un sitio muy agradable con el aspecto de unaa hacienda de las películas tipo Zorro, lo cual no es muy frecuente en la capital porteña. La idea fue llegar con la luz del día, antes de caer la noche para evitar los posibles quilombos (lease problemas, creo que la palabra argentina quilombo va a entrar en mi diccionario de manera permanente ya que me encanta...; por cierto, los quilombos eran los primeros prostíbulos del siglo XIX en Argentina), pero al final llegamos bien entrada la noche, vestidos de punkis para ahuyentar a los posibles malhechores. La verdad es que funciona, ya que la forma de mirar a una persona vestida con chupa de cuero, un collar de cuero con pinchos de plata y botas militares causan el efecto deseado de duda en la mirada de los transeúntes, obviamente sin saber que lo que ven delante, es uno de los seres más pacíficos del planeta. Sin embargo, no es la fiesta, ni el punk el objetivo de esta reflexión, sino una escena que presencié al dirigirnos al Centro, con la cual volvemos al arte murallístico bonaerense. Por fin vi cómo se creaba un mural clandestino!!! Y no uno cualquiera. De repente, aparecieron varias personas de origen andino, hombres y mujeres, con cubos de pintura negra y roja, brochas, escaleras y utensilios varios para ponerse a pintar un mural con una velocidad y destreza sorprendentes. Un mural en rojo ensangrentado y negro... Una escena casi normal en una gran ciudad, pero no me hubiera chocado tanto si no fuera por lo que estaban pintando en esa pared... A su vez, habría sido una foto genial, pero a aquel barrio mejor viajar lo más ligero posible; pero allí volveré... Entonces, en el mural, escrito con letras de un metro de altura, en rojo vivo y negro, se escapaba de debajo de unas manos oscuras y cansadas lo que a muchos todavía se les niega tanto:

JUSTICIA-L I B E R T A D...


San Telmo, Buenos AiresSan Telmo, Buenos AiresSan Telmo, Buenos Aires2008-10-12 Buenos Aires (San Telmotik Bocara)_0196Buenos AiresBuenos AiresBuenos AiresBuenos AiresBuenos AiresBuenos AiresSan Telmo, Buenos AiresBuenos Aires

2008-10-17

Nie próżnuje się w stolicy tanga...

2 comentarios



Wszyscy powszechnie wiedzą, iż mały Hipoctopus od jakiegoś czasu zafascynowany jest wszelkiego rodzaju tańcami, zwłaszcza rytmami karaibskimi, no a będąc w światowej stolicy tanga, najnaturalniejszą koleją rzeczy byłoby uczęszczanie na lekcje tanga oraz milongi. Na marginesie, do kolekcji moich tańców brakuje mi jeszcze tylko narodowych tańców hiszpańskich w stylu flamenco bądź sevillana, tudzież tańców baskijskich takich jak aurrezku lub espata dantza. No, ale moja dusza stanowczo nie czuje powołania ku tym ostatnim, tak więc Buenos Aires stało się dla mnie nieustannym poligonem doświadczalnym w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca ku oddaniu się rozkoszom tanecznym. Oczywiście, jak na Buenos Aires przystało, oferta jest niezliczona. Wszelkiego rodzaju bary salsy oraz profesjonalne studia tango rozrzucone są po całym mieście, tak więc mały Hipoctopus, z uprzednio sporządzoną listą, przeciera nowe, taneczne szlaki. Jak na razie, odwiedziłam jeden przybytek tańców różnych, La Viruta, w którym można nauczyć się od podstaw tanga, milongi i salsy, lub praktykować nabyte już umiejętności na różnych poziomach. La Viruta to olbrzymia przestrzeń parkietu połączona z barem oraz mini restauracją (namiętnie serwują pizzę mozzarella... Dotychczas nie widziałam innego przysmaku na stole...). 2008-10-12 Buenos Aires (San Telmotik Bocara)_0163Miejsce to jest doskonałe dla ludzi, którzy pokonać chcą sceniczny strach przed tańcem w towarzystwie. Kadra nauczycielska, bardzo profesjonalna, zachęci do tańca nawet najbardziej opornego, a duża liczba odwiedzających sprawia, iż atmosfera klubu jest luźna i naprawdę przyjacielska. Mały Hipoctopus odwiedził ten przybytek dwa czwartki pod rząd, kiedy to uczestniczyć można w lekcji tanga, salsy i milongi tego samego wieczoru za skromne 14 pesos. Jedyny mankament tego miejsca to jego położenie. Znajduje się bardzo, ale to bardzo daleko od mojej dzielnicy, tak więc wybranie się tam to dla mnie prawdziwa odyseja...(mniej więcej godzinna jazda autobusem, co dla mnie w Kraju Basków równoznaczne jest z wycieczką z Bermeo do Bilbao, z prowincji do stolicy....). No, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Zważywszy na odległość Viruty, zaczęłam przemierzać pobliskie rejony i o niebiosa! Jakieś sto metrów od domu odkryłam szkołę tanga(Av. Independencia 675), gdzie od czasu do czasu wirują również w rytm salsy oraz innych podrygów na życzenie. Samo miejsce jest nieziemskie....Stary budynek, wysokie sufity, podłogi z drewna, oświetlenie minimalne, czerwono-kolorowe ściany... Jednym słowem podroż w czasie o jakieś 50 lat wstecz. W każdą środę, po lekcji tanga, odbywają się tam tzw. milongi, czyli dyskoteki tanga, ujmując to bardziej nowocześnie. Na taki właśnie wieczór wybrał się mały Hipoctopus i coś niesamowitego...Oni naprawdę tańczą tango jako akt towarzyski! Dźwięk starych płyt, czerwone wino w starodawnych niskich kieliszkach na szerokiej stópce, smukłe nogi tancerek na wysokich obcasach dopełniają atmosfery...Niestety nieudokumentowane fotograficznie tym razem, ale postaram się o parę fotek w przyszłym tygodniu...


No se queda con los brazos cruzados en la capital del tango.

Cualquiera que le conoce, sabe que el pequeño Hipoctopus lleva algún tiempo fascinado por cualquier tipo de baile, sobre todo por los ritmos caribeños a los que en su opinión, su talento es a veces algo dudoso, pero digamos que Roma no se hizo en un día. Entonces, viviendo en la capital mundial del tango, lo más natural sería acudir a clases de tango y a las milongas. A propósito, para la colección de mis bailes tan sólo me faltan algunos saltos al estilo español nacional como flamenco o sevillanas, aunque creo que así, me arriesgaría la excomunión por parte de Fantasma y entonces, seguro, debería mudarme para siempre a la escuela de tango de la esquina...Hmmm. ¿Me arriesgo? ¿Debería optar más bien por los típicos bailes vascos, véase aurrezku o espata dantza? No, mi alma polaca definitivamente no siente vocación ni por el uno ni por el otro. Y tampoco por el polka para aclarar la cosa. Entonces, Buenos Aires se ha convertido en el continúo espacio de la búsqueda del sitio adecuado a la entrega a la éxtasis tanguero-salsera. Por supuesto, siendo Buenos Aires, la oferta es infinita. Los bares de salsa y los estudios profesionales de tango están esparcidos por toda la ciudad, así que el pequeño Hipoctopus, provisto de un listado, abre de vez en cuando nuevos caminos de baile por la capital. Hasta ahora he visitado un templo de bailes varios, La Viruta, donde se puede iniciar en tango, milonga o salsa, o continuar sus peripecias con los respectivos bailes; y dos sitios para bailar salsa: el bar-restaurante cubano Cuba mía y el club Azúcar Belgrano.

La Viruta es un espacio enorme que contiene una barra, un minirestaurante (que sirve apasionada e invariablemente la pizza mozarella ya que de momento no he visto otro manjar en las mesas) y una pista de baile. Creo que puede llegar a ser un sitio perfecto para todos los que sufren del miedo escénico relacionado al baile. Los profesores animarán a bailar incluso al más resistente y el gran número de visitantes hacen que el ambiente del club es muy relajado y amistoso. El pequeño Hipoctopus visitó aquel lugar dos jueves seguidos cuando se puede participar en cuatro clases seguidas del tango, salsa, milonga y otra vez del tango por un módico precio de 14 pesos. Está bien para empezar y conocer la gente aunque a los que quieren profundizar sus habilidades, les sugiero otros lugares, tanto para la salsa como para el tango y la milonga.

En cuanto a Azúcar Belgrano, es un sitio perfecto para bailar salsa. Las clases (15 pesos, una hora y media) se dividen en cuatro niveles y como no, me propuse directamente al cuarto aunque tengo que admitir que sudé bastante para combinar los giros de la línea con el cubanéo. Y por supuesto los nombres me matan... pero así por lo menos tengo justificado mi papel como mujer y tan sólo mujer... Si y cuando vengan aquí mis queridos salseros, os llevaré a Azúcar Belgrano sin falta.
El único inconveniente del sitio es su ubicación. Está muy, pero muy lejos de mi barrio de modo que salir rumbo a Azúcar se convierte en un auténtico reto (aparte de unas diez cuadras caminando, es un viaje de una hora de autobús lo cual igual a una excursión de Bermeo a Bilbao, de la provincia a la capital.... No cabe duda de que ya se me ha olvidado en qué consiste vivir en una metrópolis).

Acercándome un poco más hacia San Telmo, esta vez mucho más cerca, siempre siguiendo mi lista, me topé con un bar-restaurante Cuba mía. La pista de baile es un poco pequeña, y el nivel de salsa hmmm, aunque yo sólo vi una clase y dicen que el profe cubano, Gregorio es muy bueno. Habrá que averiguarlo algún día.

Con todo, no hay mal que por bien no venga. Teniendo en cuenta la distancia de La Viruta, decidí mirar en casa y ay cielos! Unos cien metros desde mi portal, encontré una milonga que me tendrá cautivada durante mucho tiempo. Este lugar no puede ser de este mundo... Un edificio antiquísimo, con techos altos, suelos de madera, paredes pintadas en rojo, iluminación mínima. En un palabra un viaje 50 años atrás. Cada miércoles, después de la lección del tango, hay una milonga, o sea, una disco de tango si prefieren una versión más moderna. Mi primera milonga fue algo increíble: aquí de verdad se baila el tango como un acto social! El sonido de los viejos discos de vinilo, el tinto en las copas anchas de pata baja, las piernas esbeltas sobre los tacones altos indispensables de las tangueras recrean un ambiente de los tiempos borrados por los vientos de la historia.

2008-10-15

Buenos po raz pierwszy....Odsłona/ Buenos Aires, primer acto...

2 comentarios


A więc to już kolejny dzień małego Hipoctopusa na południowej półkuli, w rejonach Río de la Plata. Boskie Buenos... Dziś wreszcie mały Hipoctopus poczuł się jak w domu, a to za sprawą wyciągnietego dresu, piekarni na Avenida de Independencia. Po raz pierwszy nikt nie zwrócił na niego uwagi, nie potraktował jak intruza (zwykle intruzi traktowani są tutaj po przyjacielsku, ale bądz co bądz, zawsze jako przybysze stamtąd). Prawie w podskokach dotarłam więc do piekarni, a tam....moja nieuchronna zguba. Pominę już doznania olfatyczne dochodzące od wszelkiego rodzaju przekąsek słonych, patrz: pizza bądz empanada (czyli czegoś na kształt naszych pierogów, ale z kruchego ciasta, nadziewanych produktami różnymi), generalnie włoskich przysmaków, doprowadzających mnie do istnej ekstazy. Skupię się raczej na słodkościach o niezliczonych kształtach, smakach, cenach...nie, nie, żartuję. Ceny ogólnie są bardzo przystępne, jakies 90 centów argentyńskich, czyli ok. 0,72 groszy za medialunę, czyli półksiężyc....Nawet jedzenie tchnie tutaj romantycyzmem, poezją i sentymentalizmem, podobnie jak tango, graffiti, targi staroci, domy z poczatków ubiegłego wieku, nostalgiczne kafejki pełne wizerunków Gardela, równie nostalgiczni starsi panowie wspominający stare, dobre czasy.... No, ale o tym wszystkim w swoim czasie... Tak więc, jedno z pierwszych wrażeń z mojej prywatnej Argentyny na ulicy Independencia, w dzielnicy San Telmo, to wszechobecna pokusa słodkości oraz zapach włoskiej kuchni, ze świeżą bazylią i oregano ogarniający wszystko dookoła (nota bene, nawet moje pranie suszące się na balkonie na dwunastym piętrze...).


Han pasado ya varios días desde que el pequeño Hipoctopus arribó al hemisferio sur, por el Río de la Plata. Buenos Aires divino... como dice una canción polaca... Hoy es la primera vez que el pequeño Hipoctopus se ha sentido como en casa, lo cual se debe a un chándal dos tallas más grande y la panadería en la Avenida de Independencia. Por primera vez en mucho tiempo, nadie se ha fijado en él, no lo ha tratado como a un intruso... (bueno, habitualmente los intrusos, por no decir los otros, son tratados aquí con mucha amabilidad, sorprendente diría yo, sin embargo, sea lo que fuere, siempre como uno de allá). Entonces, dando brincos de alegría casi, llegué a una de la múltiples panaderías de la Av. Independencia, y allí... mi perdición inevitable. Ni siquiera voy a mencionar las sensaciones olfativas provocadas por un sinfín de cualquier tipo de tentepies salados, id est, pizzas, empanadas... (oh, divinas empanadas!!), y generalmente otras delicatessen de origen italiano que pueden llevar a un verdadero éxtasis a cualquiera... Me voy a concentrar en los fricasse dulces de formas, sabores, olores, precios... incontables... No, no es una broma con lo de los precios. Unos 90 centavos por una medialuna es poco... La verdad es que por aquí incluso la comida emana romanticismo, poesía y sentimentalismo, en el mismo grado que el tango, los graffiti, ferias de antigüedades (al lado de la casa misma, pero bueno, sobre ello más adelante), las casas de principio del siglo XX, los nostálgicos cafés repletos de retratos de Gardel e igualmente nostálgicos señores de cierta edad anhelantes de los buenos, viejos tiempos... Pero bueno, otra vez, todo a su tiempo... Así, una de mis primeras impresiones de mi propia Argentina en la calle Independencia, en el barrio San Telmo, es la omnipresente tentación de la dulzura y el olor de la cucina di mamma, con la rúcula (o sea, la albahaca) y orégano frescos envolviendo todo el alrededor (incluso la colada colgada en la planta 12...). Ciao!!!

Ciao!!

Buenos AiresBuenos Aires
Buenos AiresSan Telmo, Buenos Aires

A to widok z naszego balkonu na 12-stym piętrze, w dole Avenida de Independencia. Na zdjęciu u góry, gdzieś tam na horyzoncie Río de la Plata

2007-12-22

Cómo comer barato y rico en Japón

1 comentarios

Todos creen que Japón es un país extremadamente caro. Después de tres meses en suelo nipón el pequeño hipoctopus ha descubierto que hay un sinfín de pequeños restaurantes tipo fast-food a la japonesa donde los platos son realmente sabrosos y oscilan entre unos 400–700 yenes por uno sólo o combinado, respectivamente. Los más famosos establecimientos de este tipo se llaman Yoshinoya y Sukiya. El sistema es muy fácil: en algunos hay máquinas vendedoras con fotos de cada plato. Basta con insertar el dinero y apretar el botón adecuado. Luego, el trabajador recoge el ticket y la comida viene con una velocidad inesperada. Yoshinoya está abierta 24h, por lo cual a menudo los fines de semana se pueden ver allí a los jóvenes tomando un bocado entre un bar y otro. Durante la primera visita en Japón el año pasado, el pequeño hipoctopus, que todavía era un típico gaijin ingenuo, dada la barrera lingüística, sólo iba a los sitios que ofrecían una gran variedad de platos de plástico en el escaparate... Así bastaba con señalar el plato adecuado y ya está. Sin embargo, este sistema, aunque eficaz, no siempre resultaba el más propicio para el bolsillo, de modo que el descubrimiento de Yoshinoya, Suki ya o kanten sushi fue una verdadera bendición. Así que adelante los intrépidos aventureros por el País del Sol Naciente, Yoshinoya os está esperando :-)!


En sukiya en Sanjo, Kioto
Un set típico en Suki ya

Además, en Japón hay muchísimos restaurantes diminutos de udon, sushi, soba, etc., escondidos detrás de una cortina que anuncia la especialidad del lugar... Si no sabéis leer en japones, no pasa nada. No tengáis miedo, vale la pena entrar y preguntar, porque los dueños son siempre amables, sobre todo al ver a un extranjero que muestra interés en probar su comida.

Sobrevolando los bosques de bambú -casa de ninjas

0 comentarios

Hoy el pequeño hipoctopus ha recordado una visita muy interesante con Seira y su amigo en casa de los ninjas en Shiga ken, a unas 2 horas en coche desde Kioto. Al llegar vimos una típica casa japonesa de manera que por fuera no parecía nada extraordinario, sin embargo dentro...

Ninjas' house, casa de las ninjas, Shiga ken, Japan

Otra vez el pequeño hipoctopus se quedó pasmado por la simpleza y eficacia del ingenio de la nación japonesa desde hace tantos siglos atrás. Intentó apoyarse sobre la pared y ¡o sorpresa! ¡La pared se ha movido! Intentó abrir una puerta corrediza pero a pesar de parecer ser de papel la puerta era tan pesada que apenas se movía... Intentó volver por una ventana que tan sólo se abría por dentro... En una palabra, la casa de las ninjas es una caja de sorpresas no sólo para el pequeño hipoctopus sino para cualquiera que haya intentado irrumpir en ella sin haber sido invitado... La mayor sorpresa fue un pozo con un túnel subterráneo que unía la casa con otra por donde podían escapar los ninjas en caso de un ataque inesperado.

Ninjas' house, casa de ninjas, Shigaken, Japan

El pequeño hipoctopus, un tanto grande para probar todos los escondites, no perdió la oportunidad de probar el tiro de shuriken, un arma mortal en forma de afilada estrella (a veces con las puntas envenenadas); lanzados varios al mismo tiempo el resultado era infalible.

Ninjas' house, casa de ninjas, Shigaken, Japan

Ninjas' house, casa de las ninjas, Shiga ken, Japan

Pese a intentarlo con empeño, los pequeños ninjas azules y rosas han superado al pequeño hipoctopus con creces....

Ninjas' house, casa de las ninjas, Shiga ken, Japan

Ninjas' house, casa de las ninjas, Shiga ken, Japan

Matsuyama, un onsen de la época Meiji

0 comentarios

Uno de los últimos sitios visitados en la isla de Shikoku antes de embarcar en el ferry hacia Kyushu, fue la ciudad de Matsuyama con el famoso Dogo onsen, que recuerda con sus baldosas azules y las exuberantes figuras de piedra los tiempos de la época Meiji, hace más de cien años. Cerca del onsen el pequeño hipoctopus vio algo un tanto raro: una señora mayor sentada al borde de una fuente de agua caliente en medio de una plaza mojando alegremente sus pies disfrutando de uno de los varios ashi-yu, baños de pies, y de una animada conversación con los desconocidos que seguían su ejemplo.

Junto a la fuente hay otra curiosidad: el reloj Botchan Karakuri que tiene figuras que, cada hora de 8.00 a 22.00 representan una escena de la novela Botchan, de Natsume Soseki. Tengo que averiguar algo más sobre este libro porque el título no me dice mucho...

La isla de Shikoku
Dogo onsen

La isla de Shikoku
Dogo onsen

La isla de Shikoku
Ashi-yu al aire libre

La isla de Shikoku
El famoso reloj antes de abrirse

La isla de Shikoku
Después...

Kyushu, entre los volcanes y el mar

0 comentarios

Dejando atrás la isla de Shikoku el ferry sale hacia la noche estrellada y los montes de Kyushu. Las oscuras cimas alumbradas por el sol poniente guían majestuosamente a los barcos que cruzan el Mar de Suo entre Yawatahama y Beppu. El viento y el aire frío en la cubierta apenas dejan respirar y por poco no se llevan los gorros y los guantes... La cubierta está vacía, todos los japoneses están sentados cómodamente el el calor de la pequeña sala-restaurante y tan sólo el pequeño hipoctopus, obstinado, intenta capturar en la cámara la belleza del paisaje marítimo. Finalmente el viento y el frío vencen... Sin embargo, las tres cervezas Sapporo le devuelven la vida y el buen humor durante las 2 horas del trayecto entre Shikoku y Kyushu.


La isla de Shikoku

La isla de Shikoku

La isla de Shikoku

La isla de Shikoku

2007-12-21

Business is business, la iluminación en Arashiyama

0 comentarios

Hace una semana el pequeño hipoctopus fue invitado a cenar por uno de sus personajes favoritos en Kioto: una japonesa fuerte, independiente, feminista, que vive una vida interesante y fructífera. Es una deliciosa compañía y fuente inagotable de sabiduría sobre Japón y la vida misma. Antes de comer dimos una vuelta por Arashiyama, un barrio de Kioto, un poco alejado del centro, a la orilla del río Katsura, lleno de templos y bosques con preciosos colores otoñales. Arashiyama se convierte en el sitio de peregrinaje para muchos habitantes de Kioto cuando las hojas de arce empiezan a enrojecer. Es una zona llena de tiendas de dulces, té, souvenirs, restaurantes y un excelente paseo durante los fines de semana. Es cuando los japoneses se dedican a la contemplación de los momiji intentando captar en el objetivo de sus cámaras las vistas más atractivas... Sin embargo, la época de momiji es muy corta, así que los ingeniosos comerciantes de la zona han tenido una maravillosa idea para atraer a los clientes incluso después de que las hojas de arce se vuelvan de un marrón poco atractivo. Durante una semana en diciembre, toda la zona de Arashiyama, con su río y los infinitos bosques de bambú, está iluminada con colores irreales atrayendo otra vez hordas de japoneses armados con una artillería muy pesada: teleobjetivos de cualquier tamaño, enormes trípodes, cámaras de vídeo... en su eterna búsqueda de la belleza. ¡Esta vez la multitud es enorme! Centenares de personas recorren los bosques de bambú que parecen todo menos de este mundo. La luz blanca, amarilla y violeta crean unos paisajes invernales, incluso poco terrenales, ardientes en las llamas de luz amarilla y naranja... No cabe duda de que los japoneses forman una de las naciones más creativas del planeta. Business is business!

Light-up, Arashiyama, Kyoto

Light-up, Arashiyama, Kyoto

Light-up, Arashiyama, Kyoto

Light-up, Arashiyama, Kyoto

Light-up, Arashiyama, Kyoto

Light-up, Arashiyama, Kyoto

Light-up, Arashiyama, Kyoto

2007-12-20

Uchiko, la tierra de la mandarina

0 comentarios

Uchiko es un pueblecito chiquitín escondido entre los árboles de mandarina. El clima es tan suave que incluso en invierno los árboles están llenos de fruta. El sabor es delicioso: dulce, jugoso y hace pensar en los días soleados de verano. Las dos calles principales de Uchiko han conservado sus casa de madera muy antiguas, muchas de ellas abiertas para los curiosos visitantes. Por supuesto, el pequeño hipoctopus no pudo perder esta maravillosa oportunidad (además gratis) e intentó visitarlas todas imaginándose la vida de sus dueños hace decenas de años. Entre las casas se esconde un verdadero tesoro: unas tiendas y talleres, por ejemplo de sake, donde todo se fabrica manualmente, con la maquinaria que sin duda recuerda los tiempos de los bisabuelos de los habitantes del pueblo. Siendo la tierra de la mandarina, cómo no, en Uchiko se venden mandarinas y varios productos de la tierra. Se venden... solos... Es otro ejemplo de la extrema honradez japonesa. No hay vendedores, la verdad es que por la calle no hay ni una sola alma... Tan sólo basta con insertar la cantidad adecuada en una cesta destinada a este efecto y llevarse el producto. ¿Se quedarían los pobres campesinos de nuestros países en bancarrota con este sistema tan ingenuo?

La isla de Shikoku
Una tienda de regalos

La isla de Shikoku
¿Cómo resistir esta sonrisa?

La isla de Shikoku
Una tienda muy antigua

La isla de Shikoku
La cesta para dejar el dinero al hacer la compra

La isla de Shikoku
¿Un poco de té?

La isla de Shikoku
Calle antigua

La isla de Shikoku
Vista desde una de las casas de la calle principal

La isla de Shikoku
Irashaimaaaaase!¡Bienvenidos!